King triumfuje po trudnym meczu. Wataha poniosła szczecińską ekipę do wygranej
King pokonał Czarnych Słupsk 105:95 i odniósł piąte zwycięstwo w PGE Basket Lidze. Po słabej pierwszej połowie mecz odwróciła szczecińska Wataha.

Po zaciętym i wyrównanym meczu King odniósł piąte zwycięstwo w tym sezonie PGE Basket Ligi, pokonując Czarnych Słupsk 105:95. Wysoki wynik był rezultatem bardzo szybkiej gry i dobrej skuteczności obu ekip. Na pewno nie było to widowisko dla miłośników twardej defensywy (choć gospodarze mieli w tym aspekcie swoje lepsze momenty), ale jeżeli ktoś w koszykówce szuka płynnego dzielenia się piłką i dużej liczby rzutów za trzy punkty, to niedzielne spotkanie mogło mu się podobać.
King nie zaskoczył pierwszą piątką, wystawiając standardowy skład: Sehnal, Porter, Żołnierewicz, Gielo i Witliński. Pierwsza kwarta zaczęła się nieco ospale - od dwóch pudeł obu zespołów i straty Demonda Robinsona. Premierowe punkty zdobył Ondrej Sehnal, trafiając z półdystansu. Potem atak Kinga nieco się zaciął, a Czarni narzucili swoje tempo i szybko wyszli na prowadzenie po trójce Greena i wjeździe pod kosz Veinota. Na początku meczu prowadzenie zmieniało się jeszcze kilka razy, głównie po faulach w ataku słupszczan. Od samego początku było jednak widać, że King był źle przygotowany do tego meczu i nie potrafił dobrze kryć Robinsona w pomalowanym. Seria udanych akcji gości (trójka Grudzińskiego oraz przechwyt Dimitrijevicia zamieniony na kolejne trafienie zza łuku, tym razem Greena) zmusiła po sześciu minutach trenera Wilków, Macieja Majcherka, do wzięcia pierwszego czasu. Na tablicy widniał wtedy wynik 13:20.
Po wznowieniu gry na boisku zameldowali się pierwsi zmiennicy Kinga - Chassang, Reynolds i McCaffery. Punktowaniem dla szczecińskiego zespołu nadal zajmowali się głównie kapitan Tomasz Gielo oraz Sehnal, którzy od pierwszych minut prezentowali się najlepiej na parkiecie. Duża intensywność, z jaką grała ta dwójka, dawała im się jednak we znaki i pod koniec pierwszej kwarty obaj usiedli na ławce rezerwowych. Sehnala zmienił Antoni Majcherek, co dla kibiców na pewno było zaskoczeniem - młody zawodnik rzadko pojawia się na parkiecie, zwłaszcza na takim etapie spotkania. Syn trenera robił, co mógł, by w pełni wykorzystać swoje wejście, i był nawet bliski zdobycia punktów - ostatecznie zanotował jednak stratę i faul, dokładając do tego jedną asystę.
Cała kwarta była dość płynna i nie obfitowała w faule. Praktycznie równo z syreną Carpenter popisał się przed szczecińską publicznością efektownym wsadem (a chwilę wcześniej zablokował Kostrzewskiego). King schodził na przerwę między kwartami z aż dziesięciopunktową stratą, przegrywając 18:28.
Drugą kwartę otworzył udany blok Chassanga na Stupnickim, jednak King wciąż nie mógł złapać rytmu - gra stała się bardziej rwana, a z faulami zaczął mieć problem Porter (dwa szybkie przewinienia na początku kwarty). Mocno widoczny był też brak efektywnych akcji Przemysława Żołnierewicza, który w pierwszej połowie oddał zaledwie jeden rzut z gry. Rozkojarzony wydawał się również Mikołaj Witliński, który popełnił prostą stratę przy podaniu.
Od początku meczu bardzo dobrze spisywał się za to Dominik Grudziński i to właśnie po jego trójce, na około cztery minuty przed końcem drugiej odsłony, Maciej Majcherek wziął drugi czas. W obronie szczecińskiego zespołu nie sprawdzały się żadne założenia - trumna była kiepsko broniona, co pozwalało na łatwe punkty spod kosza, a zawodnicy obwodowi, tacy jak wspomniany Grudziński, Green czy Veinot, mieli wolne pozycje do rzutu (nawet jeżeli część ich prób nie wpadała do kosza). Atak również szwankował - poza akcjami kapitana Wilków i rozgrywającego Sehnala żaden z zawodników nie potrafił znaleźć dla siebie dogodnych sytuacji. Coś ruszyło w grze Kinga dopiero pod koniec kwarty, a ofensywę napędził przede wszystkim Czech, trafiając za trzy punkty. Na minutę przed przerwą pierwszy czas wziął szkoleniowiec gości, a ostatecznie drużyny zeszły do szatni przy wyniku 38:46 dla przyjezdnych.
Statystyki po pierwszej połowie szybko wskazywały największy problem szczecińskiego zespołu, czyli słabą obronę półdystansu - Czarni trafiali z tego obszaru częściej. Do tego oddali znacznie więcej rzutów osobistych, które wykorzystywali ze 100-procentową skutecznością. Problemem były również straty, o których pisaliśmy w zapowiedzi - do przerwy King popełnił ich aż 10 (Czarni jedynie 4).
Po zmianie stron do gry włączyła się jednak szczecińska Wataha, która do tej pory milczała (co było spowodowane wydarzeniami z Krakowa). Doping od razu pokazał, jak ważni dla Kinga Szczecin są kibice - gospodarze odrobili większość strat w niecałą minutę. Do punktowania wreszcie dołączył Żołnierewicz, trafiając z linii rzutów wolnych, a dwie trójki dołożyli Sehnal i Gielo. Po minucie gry King przegrywał już tylko dwoma punktami, a chwilę później, po świetnym podaniu Sehnala, za trzy trafił Porter - i szczecinianie wyszli na prowadzenie.
W trzeciej kwarcie Porter, jak i cały King, wrzucili wyższy bieg - Amerykanin dołożył jeszcze jedną trójkę i świetnie spisywał się w obronie. Gdy gospodarze wyszli na czteropunktowe prowadzenie, przerwę wziął Krzysztof Szablowski. Szybka gra Wilków ewidentnie sprawiała Czarnym problem - goście nie potrafili wyprowadzić kontry i nie byli w stanie łatwo sforsować obrony prowadzonej przez Portera i Żołnierewicza. Po czasie podopieczni Majcherka nadal dyktowali warunki i powiększali przewagę, w najlepszym momencie prowadząc nawet dziewięcioma punktami.
Niestety, w pewnej chwili Zahir Porter złapał trzeci faul, czym niejako zmusił trenera do zmiany. Atak Wilków znów się zatrzymał, a słupszczanie zaczęli odrabiać straty kolejnymi trafieniami z gry. Na dwie minuty przed końcem kwarty faul niesportowy popełnił Mikołaj Witliński, posyłając Kornackiego na linię. Ten wykorzystał oba rzuty, a w następnej akcji Veinot szybkim rzutem z półdystansu zmniejszył przewagę gospodarzy do dwóch punktów. Chwilę później za trzy trafił Madsen i Czarni ponownie wyszli na prowadzenie. W końcówce kwarty grano już bardzo szybko i szalenie, ale nie zabrakło też udanej akcji 2+1 Witlińskiego. Po nieprzepisowym zbiciu piłki przez Grudzińskiego Wilki wypracowały cztery punkty przewagi przed ostatnią kwartą.
Ostatnią odsłonę otworzył trójką Dominik Grudziński. Początek kwarty był bardzo poszarpany - pełen fauli i strat po obu stronach parkietu. Green faulował w ataku, Porter stracił piłkę po złym podaniu, a po dobitce Robinsona goście znów wyszli na prowadzenie. Następne punkty dorzucił Green, jednak po dwóch świetnych akcjach Portera i Reynoldsa na tablicy ponownie był remis. Chwilę później Reynolds popełnił kosztowny błąd, faulując przy rzucie za trzy, a Dimitrijević wykorzystał wszystkie trzy osobiste. Na niespełna sześć minut przed końcem King gonił trzypunktową stratę. Sygnał do pościgu dał najlepszy zawodnik zespołu, kapitan Gielo. Po jego rzucie za dwa i trójce Reynoldsa King znów był na prowadzeniu, a trener przyjezdnych poprosił o kolejną przerwę.
Na szczęście dla szczecińskich kibiców od tego momentu King nie oddał prowadzenia nawet na chwilę. Punkty dołożył Sehnal, kończąc kolejną akcję 2+1, a także znakomicie dysponowany w ostatnich minutach Żołnierewicz. Przebudził się też Chassang, który trafił z półdystansu i dołożył dwa osobiste. Czarni próbowali jeszcze nowych rozwiązań i szukali strat, przede wszystkim agresywnie podwajając na obwodzie kozłujących zawodników Kinga.
W samej końcówce stratę popełnił jeszcze Sehnal, jednak dobra obrona Wilków zmusiła Dimitrijevicia do wybicia piłki na aut. Zespół Macieja Majcherka miał wtedy aż osiem punktów przewagi, co na 30 sekund przed końcem było wystarczającą zaliczką. Ostatecznie King Szczecin wygrał 105:95 i dopisał do swojego bilansu kolejne dwa punkty. W tabeli nie zmienia to jednak wiele - szczeciński klub pozostaje na drugim miejscu (razem z Dzikami Warszawa) i ma o jedną wygraną mniej niż MKS Dąbrowa Górnicza. Czarni także zajmują to samo miejsce co wcześniej - razem z Treflem Sopot to jedyne drużyny, które wciąż czekają na pierwsze zwycięstwo w lidze.
Na wyróżnienie w szczecińskim zespole po raz kolejny zasługuje Tomasz Gielo, który od początku sezonu pokazuje, że jest w naprawdę dobrej formie. Ondrej Sehnal także wygląda coraz lepiej i staje się rozgrywającym, na którego King czekał przez pierwsze kolejki. Gospodarze mieli o 11 asyst więcej, co najlepiej świadczy o tym, jak gracze Kinga potrafią dzielić się piłką. Mecz był też dowodem, ile dla zespołu znaczą pozostali gracze obwodowi - Wilkom trudno wyjść na prowadzenie bez trójek Portera czy wjazdów pod kosz Żołnierewicza. No i nie można zapomnieć o Watasze, która potrafi podnieść zawodników na duchu, nawet gdy piłki raz po raz wykręcają się z obręczy.
Rafał Benich-Cichoń

SzczecinSportNet.pl
* Komentarze w serwisie www.SzczecinSportNet.pl zamieszczane przez jego użytkowników są ich prywatną opinią. Serwis nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Jeśli jednak administratorzy dostrzegą naruszanie dóbr osobistych, zmuszeni będą do usunięcia komentarza, a w przypadku powtarzania się sytuacji, zablokowania konta użytkownika.
Komentarze (0)
Brak komentarzy.